Chciwość – Lidia Świder

 

         Przewrotność natury Henryka leżała w kłamstwie, w jego niedomówieniach i grach, które przypominały myślenie szachisty, wyprzedzić ruch, przechytrzyć i pokonać. Czerpał z tego wielką satysfakcję, przebiegłość swoją tłumaczył inteligencją, porażkę czyjąś zwał winą. Był dumny, wyniosły i ujmująco uprzejmy, dla ludzi dla niego znacznych, czyli zamożnych, to była jedyna zaleta, innych nie znał, sam ich nie posiadał. Samozadowolenie nie wiodło go jeszcze ku zgubie, droga daleka jeszcze była, pewność siebie, pogarda dla innych, pycha, zagłuszały głos rodzącej się niepewności. Czuł się wtedy lepszym. Wiedzy temu nie zawdzięczał, brak jej odcisnęło bolesny ślad na jego fizjonomii, a ta nigdy oznak myślenia nie zapowiadała, mądrości również nie, słuchać nie potrafił, natury bezrefleksyjne na ogół myśl czyjaś nudzi, w skupieniu nie potrafią wytrwać dłuższej chwili.

    Jedna rzecz jednak go wyróżniała, spryt. Istoty szlachetne nie odnajdą go w sobie, w ułamku nawet, myśl ich nie zawiedzie tam, gdzie chytrość prowadzi, podstęp i zakłamanie. Spryt zaś, najuboższa miara ludzkiej godności, podlega prawom oszustwa, moralnym jedynie. Problem Henryka polegał na jednym: żyjąc w kłamstwie, od wielu lat, nie zauważył sieci, która rozpościerała swe wątłe nici, powoli, niestrudzenie przesłaniając świat rzeczywisty.  Za późno już było na szukanie, zastanawianie się, zadawanie pytań, na które nie byłby w stanie odpowiedzieć, kłamstwo z początku go mamiło i zwodziło, by na końcu wejść w jego życie niepostrzeżenie.

    Zawładnęła nim chciwość, pazerna i nielicząca się z bliźnim, przekonanie, że coś, co nigdy do niego nie należało może sobie przywłaszczyć, ot, zabrać komuś, tak po prostu, bez żalu i skrupułów. Długie lata życia drugiego czlowieka, których nigdy nie dotknął, postanowił podzielić na kawałki, małe kawałki, które można jedynie sprzedać. Kiedy dowiedział się, że może coś zyskać, zainteresował się, wtedy dopiero, wcześniej nie dbając. Wiedząc niewiele o tym, który traci, odbył naradę rodzinną, krótką, rzeczową, bezwzględną. Rzecz jakże prosta, zgodni byli, tłumaczyć się wzajemnie nie musieli, sobie nic nie odbierali, wtedy jeden powiedział: Nam się należy! Radzi ze swej siły, w myślach dzielić już zaczęli, nie zadali tylko jednego pytania. Czy do czegokolwiek, co ich być może, przysłużyli się? Choć jeden z nich? W cząstce najmniejszej, w staraniu najmarniejszym? Nigdy. Odpowiedzi nie szukali, ze sobą już szczerzy nie potrafili być do końca. Strzegli dostępu do siebie, zamilkli przed światem. Osaczenie i pozostawienie kogoś w samotności, nie budziło w nich wyrzutów sumienia, odsunęli się wszyscy razem, chciwość swoją stawiając ponad moralnością. Mając już swoje, sięgnęli po cudze, uznając za własne.

     Henryk, po wyjściu z kościoła, spotkał się z rodziną, wszyscy zadawali sobie troskliwe pytania, nikt nie czekał na odpowiedzi, spoglądali tylko na siebie w sposób sobie wcześniej nieznany… Tak, nieufność zagościła w ich sercach, podejrzliwość się wdarła, sumienie jeszcze się w nich nie odezwało, za wcześnie, nie doświadczyli jeszcze prawdziwego bólu. Radość dnia wczorajszego, zastąpiła obawa. Bezczelny, chciwy śmiech zamilkł przy chichocie losu. Myśl jedna zaczęła w nich kiełkować: A jeżeli kiedyś i mnie to spotka?

                                ***

 Józef został sprzedany, przez braci, do niewoli egipskiej.

 

 

 

 

     ::  ::