Godność     – Lidia Świder 

      Rodzina Józefa zadecydowała, że jego ciało zostanie skremowane. Dzień został ustalony na piątek, najprawdopodobniej nie będzie różnił się od innych, może tylko od tych pierwszych. Zmarły nie mógł protestować. Po otrzymaniu wiadomości o śmierci, która żalu nie wzbudziła, tylko oddech głęboki, rodzina spotkała się w ogrodzie, przy kawie. Powaga i dostojeństwo chwili nie trwały długo. Jedynie Jan oddalił się od nich, głośne śmiechy, rozmowy, które przypominały krzyk, milkły, oni nie myśleli już o śmierci Józefa, nawet o swojej. Może w ogóle przestali myśleć, dawno już temu…

 Oczekiwanie na śmierć kogoś najbliższego zaczyna się od niemego przyzwolenia na jej nadejście, odsunięcia się na tyle daleko, żeby jej nie dotknąć, nie poczuć jej grozy. Odległe ciche kroki nie budzą niepokoju. Śmierć, która zbliża się powoli, nieuchronnie, nie paraliżuje rodziny, tylko ją przywołuje w swym ugłaskaniu. Wygoda i chciwość potrafią zagłuszyć i usprawiedliwić niemalże wszystko. Prócz sumienia.

 Jan przystanął przy kapliczce powstańczej, zapomnianej, porzuconej przez ludzi i ich pamięć, przez niedogodność. Czas poświęcenia zatrzymał się, umilkł.

 Tamci, którzy tak łatwo zapomnieć mogli, stali mu się obcy. Gdzieś w nim pobrzmiewały jeszcze głosy wesołe i beznamiętne. Twarze ludzi, nieznane, nie do zapamiętania, tak podobne, nijakie, mieszały się, nawet jednej z nich nie był w stanie zatrzymać w pamięci. Ludzie, którzy przechodzą, nic po sobie nie pozostawiając. Śmierć ich za życia rzeczywistą była. Chciał zapomnieć, być jak najdalej od nich, właśnie tutaj, w miejscu nieznanym. Spoglądał teraz przed siebie, na las zapomniany, ścieżki jego zarosłe, drzewa ponad nimi strzegące dostępu. Żal go ogarnął i tęsknota za czymś, czego nazwać nie zdołał. W pamięci swojej próbował przywołać, na próżno. A może to jedynie myśl jego była, którą pielęgnował w sobie, nierzeczywista. Nie odpowiadał na pytania, przymknął oczy, nie chciał wracać do świata kłamstw i przewrotności, przemilczeń i niedopowiedzeń. Tutaj jednak pozostać nie mógł. Wrócić tam nie był w stanie.

 Tam… świat doczesny, mieniący się w swej doskonałości, świat obliczeń i kalkulacji, dzień każdy odmierzony, obliczony, zważony, położony na wadze osądzeń nie własnych, lecz innych. Dzień kolejny przerywany Igrzyskami, odnajdujący zaspokojenie w Chlebie. Wciąż i wciąż ten sam. Nie chciał do niego powracać. Stać się na ich kształt, w tłumie siebie odnaleźć, w słowach, których znaczenia nie znał, nie mógł.

 Żegnająca się rodzina nie zapada w pamięć, witająca również. Wyuczone gesty, grymasy przypominające uśmiechy, uściski dłoni nic nieznaczące, słowa niezmienne. Spotkania, które nic nie przynoszą ponad powinność. Nie są ze sobą, nie rozmawiają, powtarzają zasłyszane myśli, zastygli w oczekiwaniu powrotu. Teraz też czekał ich czas pożegnania. Nie dowiedzieli się niczego o sobie, nie byli ciekawi siebie nawzajem, zajęci doczesnością zapomnieli zadać choć jednego pytania, istotnego. A może razem byli bezgranicznie samotni, skrywali swoje lęki, wątpliwości, nie chcieli przyznać się do porażek. Nie mieli nikogo, z kim mogliby prowadzić niekończące się rozmowy, długie, bliskie, trwające do świtu. Wracali do domów, gdzie ktoś był, nie czekając jednak. Nie tęsknili za sobą, nie odnajdywali w sobie tego, co wcześniej tak istotnym i drogim dla nich było. Nie chcieli. Zachłyśnięci światem iluzji, światem zewnętrznym, który mami, kusi blichtrem, gdzie profanum zastąpiło sacrum, podążali przed siebie, nie odwracając się, nie zatrzymując. O Józefie nikt nie wspomniał. W myślach go nawet nie przywołali. On sam decydować już nie mógł. Całe jego życie nie warte było dla nich wspomnienia. Bezbronne ciało już wkrótce zostanie skremowane. Kości nawet się nie ostaną… popiół jedynie. Zapomnieli jedynie ustalić czas i miejsce spektaklu.

 Tutaj… cisza, niekiedy muzyką przerywana, głęboką, słów niepotrzebująca, oddająca więcej od nich, pełna emocji i pasji, których nie sposób zakłamać. Myśli odważne, śmiałe, budowane na fundamencie wiedzy, nie poklasku. Czas, który nie rozlicza, a jedynie cierpliwie odmierza lata, przypominając, nie oskarżając.

 Józef za życia powtarzał, że na końcu człowiek i tak pozostanie sam. Dla Jana godzina ostateczna nabierała sensu w wymiarze wiekuistym, kiedy drugi człowiek, najbliższy nawet, nie jest już tak potrzebny, jak za życia. Przed jego śmiercią dopiero zrozumiał, że myślał nie tylko o chwili ostatniej, lecz i o dniach, i tygodniach ją poprzedzających. Umierał między bliskimi będąc samotnym, widział ich poświęcenie, świadom był jak wiele trudu ich to kosztuje. Miłości mu tylko brakowało, a jej zastąpić nie sposób. Nie mógł o nią zabiegać, ani prosić. Szukał jej namiastki, nie odnalazł nawet troski, tylko to poświęcenie, o którym nie mówili głośno, lecz każdym ruchem, westchnieniem dawali do zrozumienia jak bardzo są utrudzeni. Nie wzdychali po cichu, w swoich domach, lecz przy nim. Cóż miał począć, czuł się winnym, winnym tylko tego, że śmierć nie nadchodzi jeszcze.

Najwyższej jakości piec kremacyjny. Proces zautomatyzowany. Trumna drewniana, bądź ekologiczna, ta druga będąca tekturowym pudłem. 1000 stopni. 90 minut spalania. Prochy mielone w młynku przez parę minut na drobny pył. Cztery litry wsypane do ortalionowego worka. Białe ściany. Obiekt pięknie oświetlony. Nowoczesny wystrój. Komfort. Profesjonalna obsługa. Szybki termin kremacji. Certyfikat spopielania. Urna marmurowa, z piaskowca, z onyksu, ceramiczna, drewniana, metalowa…  

Odejście Józefa nie podzieliło rodziny, wszyscy jej czekali. Wybór urny wywołał spory, śmierć okazała się najmniej istotna. Ta z onyksu wyglądała bogato, przyozdobiona odlatującymi ptakami i małym krzyżykiem u góry, budziła podziw. Była też inna, jedynie z różą. Zastanawiali się długo, wybór mieli ogromny. Nie było tylko urny alabastrowej, a zastąpić jej teraz nie mogła już inna.

 Jana nie było z nimi, wspominał pogrzeb ojca, dostojny w swej prostocie, pełen czci i wiary. Dębową trumnę z mosiężnym krzyżem na wieku, niesioną przez najbliższych, kroki ich powolne, łzy nieskrywane. A przede wszystkim zapach ziemi, która okryła ciało ojca, nie spopielony proch jego. Ciało martwe, ale jakże mu drogie. Z różańcem na sercu, nie w urnie alabastrowej. Tam nie było kaplicy klimatyzowanej i ogrzewanej, jedynie mała, zimna, która mimo to to nie budziła lęku. Nie było też szyby, która strzegła dostępu. I ludzi obcych.

 Pracownik krematorium powrócił do rodziny zmęczony kolejnym dniem ciężkiej pracy, podobnym do poprzedniego, zmęczony widokiem ludzi dla niego bezimiennych, szuflowaniem prochów do urny technicznej, młynkowaniem ich kości. Wcześniej pracował w fabryce. Praca jego tu nie różniła się od tamtej, wszystko było zautomatyzowane. Może tylko na początku czuł niepokój, obawy nieokreślone. Na samym początku… Potem pojawiła się obojętność, chwilami zadziwienie, kiedy spoglądał na odświętnie ubrane zwłoki, których czas nie dotknie, tylko ogień. Chwila zakłamanego dostojeństwa, nienależna zmarłemu, lecz rodzinie.

 Martwe, wynędzniałe ciało Józefa, w garniturze sprzed lat, krawacie, białej wyprasowanej koszuli, wypastowanych butach, spocznie na krótką chwilę odartą z godności w piecu kremacyjnym, by udać się na tamten świat. Nikt nie pomyślał o całunie czarnym, skromnym, który udowadniać niczego nie musi, w szlachetności swojej mógłby okryć ten koniec doczesny.       

                                                         Lidia Świder