Wyznanie winy Lidia Świder

   Zimny, ciemny kościół, cisza w nim panująca, przenikliwa, dwa konfesjonały stojące na straży naszych myśli i poczynań, klęczniki przy nich wytarte do surowego drewna, krata, która tworzy granicę cielesną jedynie, pomiędzy tym, który prosi, klęcząc, o darowanie swych grzechów, a tym, który rozgrzesza w imię Pana, siedząc i decydując o ludzkich losach, osądzając decyzje powzięte przez człowieka w chwilach bezsilności, kiedy to nie jest w stanie rozeznać zła od dobra, którego często nie doznał, osądzając jego moralność, intymność, dotykając myśli, ukrytych, z którymi nie sposób się dzielić, do których wstępu nikt prawa nie ma. I o tym odpuszczeniu decyduje drugi człowiek, bliski, a jednak daleki, mający moc rozgrzeszenia, władzę niemalże nad sumieniem naszym.   

      Ludzie stojący przy ścianie, nad nimi piąta stacja drogi krzyżowej, niepewni, trwożni, przepełnieni lękiem i wstydem. Czekają.

      Trwają w swym przekonaniu, że oto za chwilę, usłyszą słowo: odpuszczone. Życie ich, nie zmieni się. Uczynki, myśli, charakter pozostaną te same, z tą tylko różnicą, że poczują się w pewien sposób wolni, wolni od grzechu, na tę chwilę. Uklękną. Według własnego sumienia, duszę swą otworzą   przed kimś obcym, nieznanym, ale wyświęconym, przez kogoś, kto i został wyświęcony… na koniec pocałują stułę. Wszystko to przed oczyma innych, przed ludźmi nieznanymi, którzy spoglądają, obserwują, czasu nie mierzą, chwila wymazania grzechów trwa krótko, zbyt krótko. Słowa, zdania, padają w rytmie, przygotowane wcześniej, ustalone z samym sobą. Spowiedź przypomina bijący zegar, każda wybita godzina dotyka grzechu, odmierza go w pamięci, kolejnym uderzeniem, na tyle głośnym, by nie zapomnieć. Tylko, dlaczego przy swej wierze, której się tak trzymają i która to sens ich życiu nadaje, szukają pośrednika? W nim, nie we własnym sumieniu, które jest najsurowszym sędzią, bezlitosnym i karzącym… nie sposób siebie samego oszukać. Pokuta nałożona, tak łatwa do spełnienia, usprawiedliwia, nie będąc ciężarem, zmówiona litania staje się wtedy symbolem. Czy nigdy myśli takich nie dotknęli? 

       Nie. Zajęć zbyt wiele, spotkań i ucieczek przed samym sobą. Życie zawieszone w próżni, w tęsknocie za czymś, co nigdy się nie ziści. Wiara jest wymagająca, zadająca wciąż pytania, wciąż te same, żądająca… nie prosząca. Prośba jest ułudą, utkaną z tysięcy nici obietnic…

 Odchodząc poczują się wolni, na moment zamieszka w nich spokój i harmonia, obmyci ze zła, które wyrządzili sobie i innym. Potem, kiedy przestaną przeżywać, myśleć o swoich grzechach, staną się beznamiętni jak i ta spowiedź. Powrócą do domów swoich, w zadowoleniu, czekając na wieczór, na zapomnienie win swoich, tych dokonanych i tych, które dopiero dojrzewać w nich zaczną. Usprawiedliwienie. A może i ono, uładza nasz świat na podobieństwo swoje.

  Kolejka do spowiedzi… po wybaczenie. Nikt z nich nie jest w stanie odpuścić grzechów swoich? Komu zawierzyli? Własnemu sumieniu czy kapłanowi?

  Będą tak stać w tej niekończącej się kolejce, do końca swoich dni, z nadzieją na odkupienie win swoich. Tylko, czy obowiązek nimi kieruje, czy może myśl o życiu wiecznym? Grzech jest przewrotny, czerpie z obłudy i fałszu, a nade wszystko z kłamstwa, z jego rzekomego majestatu, odzianego w szatę uczciwości, zaczyna zwodzić, dopowiadając, milknąc na czas potrzebny na odpowiedź, snuje się między myślami, czeka cierpliwie na chwile upadku, w swej dwoistości jawi się na kształt prawdy. Wybiera tych, w których pycha zasiała już swe ziarno, tych, dla których pozory są ważniejsze od prawdy, o którą nie dbają, tworząc zakłamany wizerunek własnego ja, często nieskazitelny i jakże szlachetny, a przede wszystkim tych, którzy szukają winnych, czyli usprawiedliwienia swych niecnych zamiarów i uczynków, które wcielają w życie z lubością. Zawsze inni odpowiadają za słabości nasze.

   Kapłan spędził już wiele godziny w konfesjonale, po czasie przestał wsłuchiwać się w słowa grzesznych, nie dopytywał, stał się podobny do tych, którzy czekają. Rozgrzeszył teraz ostatniego z kolejki, starszego mężczyznę, z oczyma zasłanymi mgłą, kurczowo trzymającego się laski, jedynej podpory, jaka mu została, chorego, ubogiego, cierpiącego, czekającego już tylko na śmierć łaskawą. Zmył z niego grzechy, nałożone przez życie, przez cierpienie lat wojny i głodu, przez podłość ludzką i podstępność, kłamstwo, oszustwo i zdradę, przez ból, chorobę i samotność, przez zwątpienie i niemoc. Z czegóż on miał się spowiadać? Skąd ta ekspiacja?

 Zabrzmiały organy, z mocą i siłą. Potęga muzyki, słów niewyrażonych, jedynie myśli, które zawsze będą toczyć spór ze sobą, w dźwięku, który zaboleć może bardziej niż słowo ludzkie, wyrazić więcej niż świat opisany. Prawdziwą pokutą winno być dotknięcie piękna, wzruszenie nim, zachwyt i podziw.

 Wyznaniem grzechów zaś, klęknięcie przed Stwórcą.                       

 

                                                                               Lidia Świder

Całość w najnowszym numerze Kresowiaka