Wszystko to, z troski o ciebie – Lidia Świder

       Starość jest oczekiwaniem, ciągłym oczekiwaniem na coś, co może nigdy już się nie zdarzy, nie nadejdzie, nie zmieni, lecz trwa w swym majestacie wieku, mącona niepewnością i rezygnacją, pozostając jednak ufną. Zamknięta w myślach i pragnieniach, których nie wyraża jedynie ze wstydu.

    Walenty czekał najczęściej na synów, oni pojawiali się rzadko, zadając te same pytania, na które najczęściej odpowiadał twierdząco, inne zachowanie burzyłoby rodzinną atmosferę spotkania, budowaną przez lata przez niedopowiedzenia, a przewrotność kłamstwa często w nich leży. Przedstawienia takie odbywały się kilka razy w roku, a że ról nowych nikt nie pisał, dekoracji nie zmieniał, to też sztuka przez wszystkich wyuczona, odgrywana była od lat ta sama, w scenerii niezmiennej. Walenty zastanawiał się jedynie, czy rzeczywiście, te jego dzieci nie są ciekawe prawdy? Czy gdzieś w głębi siebie nie odnajdują czułości, nie pomyślą, że czeka na wiadomość od nich, od wnuków, może potrzebuje rozmowy, słów wsparcia i pocieszenia. Samotności jego zrozumieć nie mogli, wcześniej musieliby pochylić się nad jego losem, a do tego potrzebna jest troska, której nie znali, oraz współodczuwanie.  Nie chciał jednak zakłócać ogólnej radości i zwracać na siebie uwagi, wiedząc, że nie będzie wysłuchany, milczał najczęściej, nie dla niego przecież przyjeżdżali synowie, spotkanie braci stanowiło cel sam w sobie. Siedział przy końcu stołu, wsłuchując się w rozmowy, które niczego nie przynosiły, nawet myśli jednej, najmniejszej, wartej chwili refleksji czy zadumy, kiedy to spojrzenie wędruje gdzieś dalej i staje się nieobecne.

    Pragnął powracać do lat odległych, wspominać chwile, których pamięć się jeszcze w nim tliła, do losów rodziców swoich, dziadków, dzielić się tym, co tak niedługo popadnie w zapomnienie i nigdy już nie powróci, na zawsze zapomniane. Na próżno, historia jego była tak samo dla nich zbędna jak i on sam. Dzisiaj wspomnienia ludzi starszych nie mają żadnej wartości, nie można ich obliczyć ani wycenić, jednak przypominają starą kliszę, z której odczytać tak wiele jeszcze można, tak wiele się dowiedzieć. Kiedy ojciec ich powracał do przeszłości, synowie jego, porzucając teraźniejszość, skupili się na przyszłości.

    Na początku musieli uśpić nieco jego czujność, co przyszło z łatwością. Wiara w swoje dzieci jest jedną z największych i niepodważalnych. Niecny swój plan usprawiedliwili dobrem ojca. Czekali tylko na to zawierzenie, pierwsze oznaki bezsilności i bezradności, by móc w pozornej trosce zadecydować o jego losie. Przewrotność polegała na wmawianiu mu, czego potrzebuje, co uczyni go szczęśliwym, co jest dobrem, a co złem. Pozorna, kłamliwa troska, chcąca czerpać jedynie korzyści, to najwyższa forma perfidii. Kiedy już sąd się nad nim odbywał, nie ostateczny, lecz synów jedynie, cisza zapadła, na krotką chwilę, niezauważalna, ale na tyle przejmująca, że spoglądać na siebie nie chcieli dłużej… Sumienie się w nich ozwało, nie w nucie rzewnej, tylko zawieszonej na moment jedynie. Osądzany był nieobecny, w ciszy i skupieniu modlił się za nich żarliwie, modlitwą płynącą z serca, ufną i zawierzającą. Na końcu pochylił głowę, ucałował krzyż, dziękując Panu za czas, jaki jest mu jeszcze dany, i za dom, w którym się urodził i zapewne zemrze…

 Chciwości na początku rozpoznać nie sposób, po oczach jedynie można wyczytać, nie wyrażają emocji, są na wpół uśpione, lecz czujne, nie kryje się w nich smutek ani radość. Sople lodu. Walenty jednak widział synów, jako dzieci bezbronne, i ten obraz pielęgnował w sobie, aż do teraz, do dnia, kiedy rozpoznał w nich przewrotność i pogardę. Nagle wszyscy trzej użalać się nad nim zaczęli, krytykując wszystko to, co z początku wydawać pięknym się mogło, co było dla niego dobrodziejstwem, odarte zostało z szat swoich, tak nagle, w ten dzień, który niczego nie zwiastował. Nie domyślał się wtedy.

 Siedział w najciemniejszym kącie izby, odświętnie ubrany, tak jak każdego dnia, kiedy świat w końcu oszczędził mu trosk i pracy. Zapalił papierosa, celebrując tę krótką chwilę z namaszczeniem, delikatny dym przesłonił izbę, portret rodziców stał się nieczytelny, wspomnienia tylko ożywały, piękne mieszały się z bolesnymi, głos matki jakże czuły, ojca napominający i surowy, niewinność oraz szczęście, kiedy przyszedł na świat syn pierworodny, którego ukochał ponad innych, oddając dom, ziemię ojców swoich, wszystko, co posiadał. Szczęście go ogarnęło, i spokój, jakiego nie doznał nigdy wcześniej, przymknął oczy, pewny tej chwili, która nadchodzi, śmierci się nie bał, wyczekiwał jej teraz, pogodzony…

 Słowa wtedy padły, nieznoszące sprzeciwu, wypowiedziane głośno, beznamiętnie, zabrzmiały obco, wrogo. Walenty przebudził się, pewny, że piekło go dosięgło i wszelkie złe moce przy nim. Trwożnie otworzył oczy, przetarł je parokrotnie, wdzięczna radość zagościła na jego twarzy, przed nim stał syn najstarszy. Dziecko umiłowane. Nie mógł ogarnąć, co mówi do niego, nie, on nie mówił, podniesionym głosem wydawał rozkazy, podawał daty i miejsca, wymieniał liczby, decydował, na koniec wziął krzesło, postawił przed nim, usiadł i zamilkł. Czekał. Walenty przywoływał słowa, wypowiedziane przed chwilą, niepewny jeszcze ich znaczenia, chciał coś powiedzieć, zapytać może, nie zdołał, głos w nim zamarł, oczy stały się szkliste, drżąca ręka uniosła się nieco, pochylił głowę, niczego słuchać już nie mógł więcej i nie chciał. Te słowa zapadały w nim, każde raniło mocniej i mocniej… Na końcu padły ostatnie: Wszystko to, z troski o Ciebie.

***

 Dom i ziemia, na sprzedaż. Sad, do wykarczowania. Stół, przy którym odbywały się wszystkie święta, stary zegar, który wybijał od lat godziny narodzin i śmierci, szafa drewniana Walentego, na spalenie. Książki, niezliczone i bezcenne, na podpałkę. Pies schorowany, do schroniska. Niepotrzebny ojciec, do Domu Starców. Strój trumienny,  będzie potrzebny, może już niedługo…

                                Lidia Świder