Nostalgia – Lidia Świder

  .                                                                         

Zbliżając się do powstańczej kapliczki, Jan przystanął, linia horyzontu scalała świat niebiański i doczesny, tak daleki, lecz w tej chwili stanowiący jedność… a na tym tle kominy, dachy, domy, samotne drzewa zasadzone lata temu, pozostawione samym sobie, na kształt ludzi zamkniętych w swoich światach, do których można się jednak dostać przez uchylone drzwi, tam toczy się ich życie, beznamiętne i ciche. Zastygłe twarze, myśli unoszące mozolnie ciężar doświadczenia i lat, które umknęły, pozostawiające jedynie ślad nowego życia. Narodziny, bezcenne dla człowieka, niezauważalne dla świata, który i bez nich trwa, nie zważając.

 Jan przystanął, spoglądał na przechodzących ludzi, na ich wzajemne ukłony, które dalekie były od odwiecznego: ’’Bądź  Pochwalony’’. Wszyscy z nagła wydali mu się jednacy, sylwetki, ruchy, kroki, pośpiech… nie spojrzeli w niebo, na przelatujący klucz dzikich, nieufnych żurawi, tych, które tworzą związki do końca życia, miejsc nie zmieniają, chyba że głód okaże się zbyt dotkliwy, wyciągnięte majestatycznie szyje, głos rozpaczy i zwątpienia, nawet on nie wzbudził w nich ciekawości, tę potrafił zaspokoić tylko inny człowiek, niezapisany na kartach historii, lecz bliski, którego można osądzić we własnym sumieniu.

    Jan od lat unikał rozmów i spotkań, nie tęsknił za drugim człowiekiem, za rozmowami, które dotykały teraźniejszości, bądź przeszłości, kiedy to zawsze opowieść zaczynała się od słowa Ja. Wysłuchiwanie wciąż i wciąż tego samego, jak podróż pociągiem i widok za oknem niezmienny, z początku drażnił go, by po pewnym czasie wprowadzić w stan zniecierpliwienia graniczącego z obojętnością. Kiedy życie doświadcza innych, podświadomie człowiek odnajduje w sobie spokój, usprawiedliwienie własnych grzechów, za wcześnie na osąd, który może nigdy nie przyjdzie, pozostaje ulga, los okazał się tym razem łaskawy. Jakże marnym jest pocieszenie strapionych, przyciszony głos udający boleść, słowa gubiące się w pytaniach, zastygłe niepewne spojrzenia, szloch wyrywający się z niemej piersi, który po chwili przeradza się w napomnienia i pouczenia.

   Dwoistość ludzka bywa przekleństwem dla tych, którzy o stokroć odczuwają więcej. Surowość Jana względem innych nie przysparzała mu przyjaciół, nieliczni odzywali się z rzadka, jedynie z obowiązku, który sam sobie narzucali. Obawiali się, że samotność zacznie go pogrążać, odizoluje od świata, który na to przyzwoli, lecz ona nie pustoszyła jego życia, tylko uspokajała, przynosiła ulgę i harmonię. Cisza, w której przebywał jeszcze mocniej go uwrażliwiała, muzyka tłumiła tęsknotę za czymś nieokreślonym, ale na tyle bliskim by odczuć ciężar nieznanego. Nie wadząc nikomu, nie naprzykrzając się, stał się ofiarą niezrozumienia, potrzebującą według innych troski, która to brutalnie wchodziła w jego życie, czyniąc jedynie spustoszenie. Współczucie pogłębiało jedynie jego boleść.  Szedł teraz przed siebie, wpatrzony w ziemię, jedyną żywicielkę, pozostawioną teraz odłogiem, porzuconą, lecz żywą. Dostrzegł wąską ścieżkę prowadzącą do lasu, porosłą, na w pół dziką. Obejrzał się, mgła przesłoniła obejścia, ludzi i zwierzęta. Pragnął, by ten zmierzch trwał, nie dopuszczając nocy i świtu.                                                                                                Lidia Świder                                                                                                                                                                                                                                                                                                                 

 

 

 

 

        r